W panteonie polskich osobowości internetowych nie ma postaci bardziej polarnej niż Sebastian Enrique Alvarez, znany szerzej jako Sentino. Dla jednych – nieuznany geniusz, innowator, który przyniósł do Polski nowoczesne brzmienie prosto z Berlina. Dla innych – notoryczny mitoman, człowiek-mem i król „odklejki”, którego kariera to pasmo spalonych mostów i długów. Jednak sprowadzanie Sentino tylko do roli internetowego błazna to błąd. Sentino to coś więcej. To żywa, oddychająca personifikacja polskiego kompleksu Zachodu. To nasza narodowa tęsknota za „wielkim światem”, ucieleśniona w wytatuowanym facecie, który w trzech językach obraża rzeczywistość.
Fenomen Sentino nie opiera się na logice. Gdyby oceniać go według standardowych kryteriów rynkowych, ten człowiek powinien być skończony już dekadę temu. Wielokrotne porzucanie fanów, niewywiązywanie się z umów (legendarne już zbiórki na ubrania, które nigdy nie dotarły), publiczne obrażanie kolegów z branży, a nawet własnych słuchaczy. Każdy inny artysta po jednym takim numerze zostałby „skancelowany”. Sentino nie tylko trwa, ale jego kult – Zakon Sicarios – rośnie w siłę. Dlaczego?
Kluczem do zrozumienia Sentino jest polska mentalność postkolonialna. Jako naród wciąż mamy głęboko zakorzenione poczucie niższości wobec Zachodu. Wszystko, co zagraniczne, wydaje nam się lepsze, bardziej ekskluzywne, „premium”. I nagle pojawia się on. Sebastian. Człowiek, który mówi po niemiecku, hiszpańsku i polsku. Człowiek, który (podobno) pisał teksty dla niemieckich gwiazd rapu. Człowiek, który (rzekomo) obracał milionami, zanim polscy raperzy nauczyli się wiązać buty.
Sentino idealnie wchodzi w rolę „wujka z Ameryki” (czy w tym przypadku z Berlina/Marbelli), który przyjeżdża na prowincję, by pokazać tubylcom, jak się żyje. Jego arogancja, jego protekcjonalny ton wobec polskiej sceny („jesteście wieśniakami”, „polski rap to gówno”) paradoksalnie działa na jego korzyść. Polacy, w swojej masochistycznej naturze, lubią być pouczani przez kogoś, kto wydaje się „światowy”. Sentino sprzedaje nam marzenie o tym, że można być Polakiem, a jednocześnie nie być „polaczkiem”. Że można być obywatelem świata.
Osobny rozdział to kwestia jego prawdomówności. Czy Sentino naprawdę ma te pieniądze? Czy naprawdę te zegarki są oryginalne, a koneksje z mafią prawdziwe? Z dziennikarskiego punktu widzenia – wątpliwe. Ale z punktu widzenia mitotwórczego – to nie ma znaczenia.
Sentino to współczesny Wielki Gatsby, tyle że zamiast w pałacu na Long Island, urzęduje na Instagram Live, często w stanie wskazującym, w wynajętym apartamencie. Jest mistrzem autokreacji. Buduje wokół siebie narrację sukcesu tak gęstą, że staje się ona alternatywną rzeczywistością. Jego fani nie kupują prawdy faktograficznej. Oni kupują „vibe”. Kupują pewność siebie.
W kraju, gdzie ludzie boją się wychylić, Sentino jest bezczelny. Kłamie z taką gracją i przekonaniem, że staje się to formą sztuki performatywnej. To mitomania, owszem, ale mitomania fascynująca. Oglądamy go, bo w głębi duszy zazdrościmy mu tej totalnej, narcystycznej wolności od faktów. On nie musi udowadniać, że jest królem. On czuje się królem, więc nim jest.
Trzeba jednak oddać cesarzowi, co cesarskie: Sentino ma niebywały talent muzyczny, który wciąż ratuje go przed całkowitym upadkiem. Jest „idiotą sawantem” melodii. Ma naturalne ucho do hitów, potrafi skleić refren, który brzmi jak milion dolarów, nawet jeśli został nagrany telefonem w łazience.
Wprowadził do polskiego rapu melodyjność i lekkość, której brakowało naszym rodzimym, często topornym rymowankom. Jego styl – mieszanie języków, specyficzna artykulacja, śpiewane frazy – stał się punktem odniesienia dla całego pokolenia młodych raperów (od Malika Montany po Żabsona). Wielu czerpie z niego garściami, choć niewielu głośno się do tego przyznaje.
Sentino to tragiczna figura artysty wyklętego na własne życzenie. Ma wszystko, by być na szczycie list przebojów – charyzmę, głos, talent. Ale za każdym razem, gdy jest blisko sukcesu, włącza się w nim mechanizm autodestrukcji. Pali mosty, obraża sojuszników, znika. To syzyfowa praca: wtacza kamień na górę, by zaraz zepchnąć go z hukiem, śmiejąc się przy tym maniakalnie.
Dlaczego więc wciąż go oglądamy? Bo Sentino jest najlepszym reality show w polskim internecie. Jest nieprzewidywalny. W świecie sformatowanych, nudnych raperów, którzy boją się stracić kontrakt reklamowy, Sentino jest dzikim zwierzęciem. Nigdy nie wiesz, czy dzisiaj nagra genialną piosenkę, czy zwyzywa pół sceny, czy ogłosi, że zostaje właścicielem klubu piłkarskiego.
Jest naszym błaznem, ale błaznem, który czasem mówi bolesną prawdę. Kiedy wyśmiewa polską zaściankowość, brak stylu czy mentalność dorobkiewicza, często trafia w sedno. Nawet jeśli sam jest karykaturą tych cech.
Sentino to lustro, w którym przegląda się polski rap. Widzimy w nim nasze aspiracje do bycia Zachodem i naszą nieudolność w ich realizacji. Jest królem na wygnaniu, który nigdy nie odzyska tronu, bo tron prawdopodobnie nigdy nie istniał. Ale dopóki nadaje ze swojej twierdzy (gdziekolwiek ona akurat jest), będziemy słuchać. Bo w szarym, polskim krajobrazie, ten kolorowy, toksyczny ptak jest po prostu hipnotyzujący.