Kiedy większość artystów walczy o uwagę algorytmów krótkimi singlami, Taco Hemingway publikuje na YouTube niemal godzinny film, który jest jednocześnie albumem i słuchowiskiem. „LATARNIE WSZĘDZIE DAWNO ZGASŁY” to bezlitosna analiza życia w Warszawie, gdzie luksusowe zegarki Cartier i okładki Forbesa mieszają się z wymiocinami na kostce Bauma i samotnością, której nie potrafi uleczyć żaden „fuck friend”. To płyta o trzydziestolatkach, którzy zamiast obiecanego szczęścia, znaleźli się w pułapce wiecznego kacu i nieustannych porównań do innych.
Taco Hemingway w swoim najnowszym materiale idzie krok dalej niż w poprzednich projektach. Nie boi się pokazać bohatera odrażającego – kłamliwego, osaczającego kobietę, podszywającego się pod zmarłego kolegę, byle tylko poczuć choćby namiastkę dawnej bliskości. To bolesny portret toksycznej męskości, która nie potrafi pogodzić się z upływem czasu i faktem, że świat ruszył do przodu. „Gdzie są tamte panny, gdzie są tamte ziomy?” – pyta raper w refrenie, który bije nostalgią za rokiem 2012, kiedy świat wydawał się prostszy, a „pióro było bronią palną”. Ta tęsknota za przeszłością jest widoczna również w estetyce wydania – w sklepie tacohemingway.store fani mogą znaleźć winylowe edycje starszych płyt, co idealnie koresponduje z klimatem „biura rzeczy znalezionych”, którym stało się życie artysty.
W albumie Warszawa jest ukazana jako miejsce „oświetlone przez 38 000 latarń”, które jednak nie potrafią rozgonić mroku w sercach mieszkańców. Taco punktuje nowoczesną architekturę kontroli: Żabki, Starbucks, paczkomaty, które stają się punktami orientacyjnymi w bezcelowej włóczędze. Artysta porusza również wątek „słowiańskiego niepokoju” i depresji, która w wielkim mieście staje się normą, a nie wyjątkiem. To materiał trudny, wymagający skupienia i wielokrotnego odsłuchu, który zostawia nas z pytaniem, czy w świecie, w którym „wszystko jest kłamstwem”, jest jeszcze miejsce na autentyczną pomoc „ginącej miłości”.