Gdyby Fryderyk Nietzsche żył w czasach TikToka, prawdopodobnie patrząc na karierę muzyczną Fagaty, uznałby, że Bóg nie tylko umarł, ale że jego zwłoki zostały właśnie zbezczeszczone w rytmie 130 BPM. Agata Fąk to fenomen, który wymyka się standardowej krytyce muzycznej, ponieważ przykładanie do niej miary rytmu, melodii czy sensu jest błędem metodologicznym. Fagata nie tworzy muzyki. Ona tworzy kontent audiowizualny żerujący na naszych najniższych instynktach. I co najgorsze – wszyscy, od profesorów socjologii po dzieciaki w podstawówkach, bierzemy w tym udział.
Zjawisko, z którym mamy do czynienia, to absolutny triumf formy nad treścią, a dokładniej – triumf bezczelności nad kompetencją. Kiedy Fagata wchodzi do studia i nawija o „bitchowaniu”, o pieniądzach, o seksie i o swojej rzekomej dominacji, robi to w sposób technicznie ułomny. Często nie trafia w bit, jej rymy są prostackie (częstochowskie to przy nich szczyt poezji), a flow przypomina recytację listy zakupów przez znudzoną kasjerkę.
A jednak, jej numery robią miliony wyświetleń. Dlaczego? Bo Fagata to mistrzyni monetyzowania nienawiści i zażenowania.
Mechanizm napędzający jej karierę to czysty „hate-watching” (oglądanie z nienawiści) i „hate-listening”. Słuchamy jej nie po to, by doznać estetycznego uniesienia, ale po to, by poczuć ten specyficzny dreszcz zażenowania (cringe). To perwersyjna przyjemność: oglądamy upadek kultury, czując się od niej lepsi. Mówimy: „Boże, jakie to jest dno”, a potem przesyłamy link znajomemu: „Musisz to zobaczyć”.
W ten sposób stajemy się darmowymi pracownikami jej działu marketingu. Algorytm YouTube’a czy Spotify nie rozróżnia emocji. Nie wie, czy klikasz z zachwytu, czy z pogardy. Dla algorytmu kliknięcie to kliknięcie. Fagata doskonale zrozumiała tę brutalną prawdę ekonomii uwagi: w dzisiejszym internecie bycie znienawidzonym jest równie dochodowe, co bycie uwielbianym. Może nawet bardziej, bo hejt generuje większe zaangażowanie niż miłość.
Jest jednak w Fagacie coś, co odróżnia ją od innych beztalenci próbujących sił w muzyce. To jej porażająca, cyniczna szczerość. Wszyscy pamiętamy niesławne nagrania głosowe („Plan B”), w których kalkulowała, że musi znaleźć bogatego piłkarza albo rapera, bo „nie chce iść do normalnej pracy”.
W świecie popkultury, gdzie gwiazdy zazwyczaj karmią nas bajeczkami o pasji, misji i miłości do sztuki, Fagata położyła karty na stół. Powiedziała wprost: robię to dla pieniędzy, jestem produktem, szukam sponsora, moje życie to biznesplan. To jest „Patointeligencja 2.0” – nie w sensie intelektualnym, ale w sensie totalnego odarcia rzeczywistości z jakichkolwiek wyższych wartości.
To nihilizm w wersji glamour. Fagata mówi nam prosto w twarz: „Jestem pusta, jestem materialistką i co mi zrobicie? I tak będziecie mnie oglądać”. I ma rację. Oglądamy.
Jej twórczość to także ostateczny dowód na śmierć krytyki muzycznej. Kiedyś, by zaistnieć, trzeba było przejść przez jakieś sito selekcji. Dziś sito nie istnieje. Wystarczy mieć zasięgi na Instagramie. Fagata udowadnia, że rap stał się gatunkiem tak pojemnym, że zmieści absolutnie wszystko. Można nie mieć rytmu, dykcji ani słuchu, a mimo to być nazywanym „raperką”.
Jej utwory są jak fast food najgorszej kategorii. Wiemy, że to „zmielony pies z budą”, że to niezdrowe, że to obraża nasze kubki smakowe. Ale jest tłuste, słone i łatwo dostępne. Wchodzimy w erę „intelektualnej pornografii” – konsumujemy treści, które nie wymagają od nas żadnego wysiłku, a jedynie stymulują układ nagrody w mózgu prostymi bodźcami: skandalem, golizną, wulgaryzmem.
Najłatwiej jest zrzucić winę na Fagatę. Powiedzieć, że jest zepsuta, że niszczy młodzież. Ale to my, odbiorcy, stworzyliśmy potwora. Fagata jest tylko lustrem podstawionym społeczeństwu konsumpcyjnemu.
Jest odpowiedzią na popyt. Skoro miliony ludzi chcą oglądać dramy, skoro wartością nadrzędną stały się „drogie rzeczy” i operacje plastyczne, to rynek wyprodukował idealnego awatara tych pragnień. Fagata nie jest błędem systemu. Jest jego najdoskonalszym produktem.
Obrażamy się na nią, bo pokazuje nam prawdę o nas samych – że jako społeczeństwo staliśmy się prymitywni. Że wolimy patrzeć na upadek niż na wzniosłość. Że w głębi duszy kręci nas ta ostentacyjna głupota.
Fagata rapuje fatalnie, ale zarządza naszą uwagą genialnie. I dopóki będziemy klikać, dopóki będziemy pisać nienawistne komentarze, ona będzie wygrywać. To my jesteśmy paliwem w jej baku. A ona tylko jedzie po swoje, śmiejąc się nam w twarz zza kierownicy luksusowego samochodu, na który zrzuciliśmy się my – jej hejterzy.