Gdyby Rick Ross urodził się nad Wisłą, prawdopodobnie zamiast rapować o tym, że jego maybach ma tapicerkę z aligatora, nagrałby rzewny numer o tym, że wciąż pamięta smak pasztetowej, a ten samochód to w sumie tylko leasing i wcale mu na nim nie zależy. Polska scena hip-hopowa cierpi na fascynujące rozdwojenie jaźni. Mamy artystów, którzy generują przychody na poziomie średniej wielkości przedsiębiorstw, wyprzedają stadiony i podpisują kontrakty z gigantami technologicznymi, a jednocześnie z uporem maniaka próbują nam wmówić, że są „zwykłymi chłopakami z sąsiedztwa”. Przypadek Bedoesa czy Oki to nie tylko historia kariery – to studium narodowego lęku przed byciem elitą.
W amerykańskim etosie hip-hopowym sprawa jest prosta: sukces jest cnotą. Jeśli wyrwałeś się z getta i zarobiłeś miliony, to twoim moralnym obowiązkiem jest się tym chwalić. Złote łańcuchy, drogie szampany i prywatne odrzutowce w teledyskach Jaya-Z czy Drake’a nie są (tylko) wyrazem próżności. Są dowodem zwycięstwa. Mówią: „System chciał mnie zniszczyć, a ja go ograłem. Patrzcie i podziwiajcie”.
W Polsce ten mechanizm działa odwrotnie. Sukces jest podejrzany. Bogactwo wymaga usprawiedliwienia. Jeśli masz za dużo, musisz natychmiast przeprosić i zapewnić, że „woda sodowa nie uderzyła ci do głowy”. Polski raper, wchodząc na szczyt, nie patrzy triumfalnie w przyszłość, ale nerwowo ogląda się za siebie, sprawdzając, czy „ziomale z ławki” wciąż go akceptują.
Bedoes 2115 to bez wątpienia fenomen socjologiczny. To chłopak, który zbudował imperium na byciu rzecznikiem odrzuconych. Jego narracja – „grubego, nielubianego dzieciaka”, który teraz rozdaje karty – jest potężna i w wielu momentach autentycznie poruszająca. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta narracja staje się więzieniem.
Mimo że Bedoes jest dziś milionerem, ikoną popkultury i właścicielem własnej wytwórni, w swojej twórczości i komunikacji wciąż performuje rolę „Borysa z Bydgoszczy”, który musi walczyć z całym światem. To ciągłe podkreślanie swojej zwyczajności, te nieustanne zapewnienia o lojalności wobec „rodziny”, to swoisty taniec godowy z polskim słuchaczem. Bedoes wie (świadomie lub instynktownie), że w momencie, w którym w pełni zaakceptowałby swój status celebryty i biznesmena, straciłby legitymację do bycia głosem pokolenia.
Polski odbiorca jest bowiem bezlitosny. Kocha historię „od zera do bohatera”, ale pod warunkiem, że bohater mentalnie pozostanie na poziomie „zera”. W chwili, gdy artysta zaczyna żyć życiem niedostępnym dla przeciętnego Kowalskiego i – co gorsza – przestaje się tego wstydzić, zyskuje najgorszą możliwą łatkę: „odkleił się”. A „odklejenie” w polskim rapie to wyrok śmierci.
Podobny mechanizm, choć w innej estetyce, widzimy u Okiego. To artysta niezwykle utalentowany, wręcz stworzony do bycia gwiazdą formatu europejskiego. A jednak w jego twórczości wciąż wybrzmiewa nuta asekuranctwa. Ciągłe powroty do Lubina, podkreślanie korzeni, manifestowanie skromności. Oki zdaje się mówić: „Zrobiłem karierę, ale spokojnie, nie jestem lepszy od was. Wciąż jestem tym samym Jeżykiem”.
To syndrom oszusta (imposter syndrome) rozpisany na platynowe płyty. Nasi raperzy zachowują się tak, jakby wygrali te pieniądze na loterii przez pomyłkę i bali się, że ktoś zaraz przyjdzie odebrać im nagrodę. Brakuje im tej amerykańskiej arogancji, która mówi: „Jestem tu, bo jestem najlepszy. Kropka”.
Zamiast tego mamy festiwal fałszywej skromności. Raperzy kupują apartamenty w centrum Warszawy, ale teksty piszą tak, jakby wciąż mieszkali z rodzicami w bloku z wielkiej płyty. Jeżdżą samochodami za pół miliona, ale w wywiadach opowiadają, że najbardziej lubią kebaby z budki. To jest właśnie polska „mimikra biedy”. Udawanie, że jest się częścią ludu, podczas gdy ekonomicznie jest się już częścią arystokracji.
Dlaczego polski rap boi się dorosnąć? Bo my, jako społeczeństwo, wciąż tkwimy w mentalności folwarcznej. W Polsce sukces drugiego człowieka nie jest inspiracją, lecz powodem do zawiści. Panuje przekonanie, że pieniądze zmieniają ludzi na gorsze, a „prawdziwość” jest zarezerwowana tylko dla tych, którzy mają pod górkę.
W efekcie raperzy stają się zakładnikami własnego wizerunku. Boją się pokazać swoje prawdziwe życie – życie pełne luksusu, dalekich podróży, drogich ubrań i problemów z inwestowaniem kapitału – bo wiedzą, że to nie rezonuje z problemami ich słuchaczy. Tworzy się więc paradoks: aby być „autentycznym” w oczach fanów, raper musi kłamać na temat swojej rzeczywistości. Musi udawać, że jego problemy są wciąż tożsame z problemami nastolatka z małego miasta.
To smutne, bo rap z natury jest muzyką aspiracyjną. Powinien ciągnąć w górę, a nie równać w dół. Kiedy Jay-Z rapuje o kupowaniu obrazów Basquiata, uczy swoich słuchaczy o sztuce i inwestycjach. Kiedy polski raper ukrywa swoje bogactwo, uczy swoich słuchaczy, że ambicja jest czymś wstydliwym.
Brakuje nam na scenie postaci, która miałaby odwagę powiedzieć: „Tak, zmieniłem się. Moje życie jest teraz inne. Nie jestem już chłopakiem z sąsiedztwa, jestem gwiazdą. I to jest okej”. Potrzebujemy artystów, którzy przestaną przepraszać za to, że im wyszło.
Dopóki Oki, Bedoes i reszta czołówki będą bawić się w tę grę pozorów, polski rap będzie tkwił w rozkroku. Z jedną nogą w luksusowym apartamencie, a drugą w mentalnym skansenie, gdzie cnotą jest bycie „równym gościem”, a nie wybitną jednostką. Czas dorosnąć. Czas zdjąć dres, założyć garnitur (nawet jeśli metaforyczny) i przestać udawać, że jeździ się autobusem, kiedy w garażu stoi Porsche. Prawda, panowie, podobno ma nas wyzwolić. Nawet jeśli jest to prawda o stanie konta.