Beka

Kizo i rap z dyskontu

Wchodzisz do Żabki o 23:00.

Oślepiające światło jarzeniówek oświetla półki. Widzisz batonika z twarzą rapera, obok kawę firmowaną jego ksywą, a w zamrażarce czeka na ciebie pizza „Sukcesiliana”. W tle, z głośników sklepowych, zamiast radia leci ten sam głos, który patrzy na ciebie z opakowania, nawijając o tym, że życie jest piękne, a melanż trwa. Witajcie w świecie Kizo. Świecie, w którym polski rap ostatecznie przestał być kulturą buntu, a stał się najskuteczniejszą dźwignią handlu w sektorze FMCG (dóbr szybkozbywalnych).

Kizo to nie jest po prostu raper. To jednoosobowy konglomerat, który zrozumiał coś, co umknęło wielu purystom: w Polsce lat 20. XXI wieku muzyka nie jest celem. Muzyka jest tylko nośnikiem reklamowym. Jest darmowym (lub tanim) kontentem, który ma napędzać sprzedaż fizycznych produktów. Kiedyś artyści wydawali gadżety, by promować płyty. Kizo wydaje płyty, by promować batony i mrożonki. To odwrócenie wektora jest kopernikańskim przewrotem w biznesie muzycznym.

Disco-polo w wersji premium (ale z dyskontu)

Aby ten model zadziałał, muzyka musi spełniać określone kryteria. Nie może być trudna. Nie może być smutna. Nie może zmuszać do myślenia, bo myślenie przeszkadza w zakupach. Muzyka Kizo to idealnie zaprojektowany produkt tła. To nowoczesne disco-polo, tylko ubrane w dresy znanych marek i wyprodukowane na trapowych bitach.

Teksty Kizo są hymnem na cześć prostego hedonizmu. Impreza, szybkie auta, łatwe pieniądze, „dobry vibe”. To przekaz skrojony pod masowego odbiorcę, który po tygodniu pracy w korporacji albo na magazynie chce po prostu „odpiąć wrotki”. Kizo nie ocenia, nie moralizuje, nie wchodzi w politykę. On dostarcza paliwo do zabawy. Jego twórczość jest jak energetyk – ma pobudzić, dać chwilowy strzał dopaminy i nie zostawić po sobie głębszego śladu (poza ewentualną zgagą).

To rap użytkowy. Funkcjonalny. Jego naturalnym środowiskiem nie jest sala koncertowa filharmonii, ale wnętrze BMW z otwartymi szybami albo domówka, na której nikt już nie słucha tekstów, bo liczy się tylko bas.

Demokratyzacja luksusu: Sukces za 15 złotych

Fenomen Kizo opiera się na genialnym mechanizmie psychologicznym: demokratyzacji poczucia sukcesu. Nie każdego stać na życie, jakie Kizo pokazuje w klipach – apartamenty w Dubaju, drogie zegarki, jachty. Ale każdego stać na pizzę „Sukcesiliana” za kilkanaście złotych.

Kupując ten produkt, młody (i nie tylko) konsument dokonuje aktu symbolicznej komunii. Spożywa „ciało” swojego idola. Przez chwilę, jedząc tę pizzę czy pijąc tę kawę, czuje się częścią tego lepszego świata. To luksus na miarę naszych możliwości i naszych osiedli. Kizo sprzedaje marzenie o awansie społecznym, które jest zapakowane w folię i dostępne w każdym sklepie na rogu.

To sprowadzenie etosu „hustlera” (człowieka sukcesu, który do wszystkiego doszedł sam) do poziomu konsumpcji. Nie musisz ciężko pracować, żeby poczuć smak sukcesu. Wystarczy, że pójdziesz do sklepu. To banalizacja idei, ale jakże dochodowa.

Nowobogacka Polska bez kompleksów

Kizo jest idealną twarzą współczesnej, nowobogackiej Polski. Polski, która przestała się wstydzić tego, że chce mieć pieniądze i chce je wydawać na głupoty. Przez lata polska inteligencja (i ta rapowa, i ta literacka) gardziła ostentacją. Kizo wjeżdża w to z buta. Jest duży, głośny, obwieszony złotem i uśmiechnięty.

Reprezentuje archetyp „swój chłop, któremu się udało”. Nie jest intelektualistą jak Taco Hemingway, który onieśmiela słuchacza swoimi grami słownymi. Kizo jest jak twój kumpel z siłowni, który nagle trafił szóstkę w totka. I ta przystępność jest jego supermocą. Ludzie mu wybaczają, że jego rap jest technicznie prosty, bo czują, że on nie udaje wieszcza. On jest biznesmenem, który dobrze się bawi.

Koniec kultury, początek marketingu

Patrząc na półki sklepowe uginające się pod ciężarem produktów sygnowanych przez raperów (Kizo był pionierem, za nim poszli inni), można zadać pytanie: czy to ostateczny koniec hip-hopu jako kontrkultury? Tak. Hip-hop stał się głównym nurtem kapitalizmu.

Kizo udowodnił, że artysta w XXI wieku nie musi tworzyć Dzieła. Musi stworzyć Brand. Piosenka jest tylko dżinglem reklamowym trwającym 2 minuty i 30 sekund. Jeśli spojrzymy na to bez sentymentów, Kizo jest geniuszem adaptacji. Zrozumiał, że w gospodarce uwagi wygrywa ten, kto jest wszędzie – w głośniku, w lodówce i w żołądku.

Możemy tęsknić za czasami, gdy rap był poezją ulicy. Ale ulica dzisiaj pachnie serem z mrożonej pizzy i sosem czosnkowym. Kizo nie zepsuł rapu. On go po prostu spieniężył do ostatniej złotówki, stając się królem dyskontów. I patrząc na jego wyniki finansowe – chyba nie ma powodów do zmartwień, że ktoś nazwie to „komercją”. Dla niego to po prostu biznesplan, który wypalił. Smacznego.