Polska piosenka miała kiedyś zęby. Miała Agnieszkę Osiecką, która pisała o złamanych sercach z precyzją chirurga. Miała Wojciecha Młynarskiego, który chłostał narodowe przywary ironią. Miała Korę, która krzyczała o samotności i pożądaniu. A co ma dzisiaj? Dzisiaj ma „kawkę”, „łezkę”, „serduszko” i „bzika”. Witajcie w krainie totalnej infantylizacji, gdzie największe gwiazdy mainstreamu brzmią jak opiekunki w żłobku próbujące uspokoić grupę rozwrzeszczanych trzylatków.
Włączasz radio i masz wrażenie, że trafiłeś na audycję dla dzieci specjalnej troski. Dorośli ludzie, płacący podatki (czasami), posiadający prawo jazdy i prawa wyborcze, śpiewają językiem tak zmiękczonym, tak zdrobniałym i tak pozbawionym kantów, że można by nim owijać noworodki. To nie jest poezja. To jest liryczne gaworzenie.
Niekwestionowaną królową, matką i duchem świętym tego nurtu jest Zuzanna Irena Grabowska, znana jako Sanah. To artystka wybitnie utalentowana muzycznie, co czyni ten precedens jeszcze bardziej bolesnym. Sanah stworzyła i perfekcyjnie zmonetyzowała personę „współczesnej pensjonarki”.
Jej teksty to fascynujący amalgamat archaizmów wyciągniętych z pamiętnika prababci („och”, „ach”, „luby”) i korporacyjnego slangu pokolenia Z. Ale dominantą jest tu zdrobnienie. U Sanah nie pije się kawy. Pije się „kawkę”. Nie ma łez, są „łezki”. Nie ma problemów, są „smuteczki”.
W utworze „Marcepan” (który brzmi jak hymn narodowy influencerek) słyszymy o tym, że ona „ma bzika” i „pali wrotki”. W „Szampanie” było o tym, że „ktoś dolewaoliwy do ognia”, ale w tonie obrażonej nastolatki, której rodzice nie puścili na domówkę. To estetyka bezpiecznego buntu. Buntu w koronkowych rękawiczkach.
Sanah sprzedaje Polakom wizję świata, w którym dorosłość nie istnieje. Jest tylko wieczne, słodko-gorzkie dziewczęctwo. Nawet kiedy śpiewa o „Uczcie”, to jest to uczta, na której serwuje się pączusie i kompocik, a nie krwiste steki. To eskapizm w wersji soft. Chowamy się przed inflacją, wojną i PiS-em (lub PO) pod kołdrę, zakładamy różowe okulary i udajemy, że jesteśmy w XIX-wiecznym dworku, tylko takim z Wi-Fi.
Tuż obok Sanah na tronie infantylizacji zasiada rodzeństwo Sienkiewiczów, czyli Kwiat Jabłoni. To muzyka tak grzeczna, tak poprawna i tak wyprana z negatywnych emocji, że powinna być przepisywana na receptę zamiast melisy.
Ich twórczość to oat-milk folk. Folk na mleku owsianym. Ekologiczny, biodegradowalny i całkowicie pozbawiony pazura. Teksty są o tym, że „nie można spać”, że „zima”, że „ludzie biegną”. Wszystko podane w sosie harcerskiej ogniska, na którym nikt nie pije piwa, tylko wszyscy trzymają się za ręce i patrzą w gwiazdy.
To muzyka dla klasy średniej, która boi się konfrontacji. Słuchasz Kwiato Jabłoni i czujesz się „dobrym człowiekiem”. Bo to takie wrażliwe, takie delikatne. Ale w tej delikatności kryje się pułapka. To odmowa przyjęcia do wiadomości, że świat jest brudny i brutalny. To muzyka, która głaszcze cię po głowie i mówi: „Ciii, nic się nie dzieje, zjedz jarmuż, będzie dobrze”.
Zjawisko to wykracza poza jedną czy dwie gwiazdy. Spójrzmy na nową falę polskiego popu – Bryska, Daria Zawiałow (w niektórych momentach), Sobel (w balladach). Wszyscy uciekają w zdrobnienia.
Dlaczego? Bo zdrobnienie oswaja rzeczywistość. „Depresja” brzmi strasznie. „Dołek” brzmi już lżej. „Samotność” to wyrok. „Samotne wieczory z kawką” to już aesthetic lifestyle. Język polski w piosenkach przeszedł lobotomię. Wycięto z niego słowa twarde, ostre, definitywne. Zastąpiono je watą cukrową.
Nawet Dawid Podsiadło, król królów, wpadł w tę pułapkę w utworach takich jak „Post”. Choć on robi to z mrugnięciem oka, ironicznie, to jednak wpisuje się w ten trend „niepoważnego traktowania poważnych spraw”. Śpiewamy o problemach emocjonalnych językiem memów.
Szczególnie niepokojące jest to w przypadku artystek kreujących się na raperki/gwiazdy trapu, jak wspomniana w poprzednich odcinkach Bambi czy Young Leosia. Mamy tu do czynienia z dorosłymi kobietami, które celowo infantylizują swój głos, sposób bycia i teksty, by brzmieć jak słodkie dziewczynki.
To fetyszyzacja niedojrzałości. Kobieta sukcesu w Polsce AD 2025 to nie jest „Żelazna Dama”. To „Słodka Myszka”. Ma zarabiać miliony, ale mówić piskliwym głosikiem i cieszyć się z nowej torebki jak dziecko z lizaka. To patriarchalny koszmar przebrany za girl power. „Bądź niezależna, ale na litość boską, nie bądź zbyt dorosła, bo to przeraża facetów”.
Dlaczego to się tak sprzedaje? Dlaczego Sanah wyprzedaje stadiony, śpiewając o „hipkorce” (hipokryzji)?
Bo Polacy są zmęczeni. Pokolenie millenialsów i Zetek jest przytłoczone rzeczywistością. Rynek mieszkaniowy to patologia, klimat się wali, polityka to ściek. Dorosłość okazała się oszustwem. Nie ma „stabilizacji”, jest tylko kredyt i burnout.
Dlatego muzyka stała się powrotem do łona matki. Chcemy słuchać piosenek, które brzmią jak kołysanki. Chcemy, żeby artysta był naszym pluszakiem. Nie chcemy, żeby Kora krzyczała nam prosto w twarz „Czekam na wiatr, co rozgoni ciemne skłębione zasłony!”. To za mocne. To wymaga emocjonalnego zaangażowania.
Wolimy Sanah, która zanuci: „Ale jazz, ale jazz, zrobił się bałagan”. Bałagan. Takie ładne słowo na apokalipsę.
Teksty współczesnego popu przypominają ciąg emotikonów. ☕️💔🌧️💅. Zamiast budować obrazy poetyckie, artyści rzucają skojarzenia. „Kawa”, „Deszcz”, „Smutek”. Koniec. Słuchacz nie musi myśleć. Słuchacz ma poczuć „vibe”.
To jest kultura obrazkowa przełożona na dźwięk. Słowa straciły swoją wagę gatunkową. Stały się tylko dźwiękowymi ozdobnikami, jak cekiny na sukience. Kiedyś tekst piosenki mógł zmienić twoje życie. Dzisiaj tekst piosenki nadaje się co najwyżej na opis pod zdjęciem na Instagramie.
I to jest chyba ostateczny cel tej twórczości. Te piosenki nie powstają po to, by ich słuchać w skupieniu. One powstają po to, by być tłem do rolek, stories i TikToków. A tam nie ma miejsca na powagę. Tam musi być „cute”, „sweet” i „cozy”.
Polska muzyka pop zamieniła się w wielki, kolorowy basen z kulkami w centrum handlowym. Wszyscy w nim siedzą – artyści, dziennikarze muzyczni i słuchacze – i obrzucają się plastikowymi piłeczkami, chichocząc.
Na zewnątrz szaleje burza, walą pioruny, świat płonie. Ale my, w naszym basenie, mamy kawkę, mamy piosenkę o bziku i jest nam cieplutko.
Tylko czasem, gdzieś z tyłu głowy, pojawia się myśl: czy my, kurwa, nie mamy przypadkiem po 30 lat? Czy nie powinniśmy wymagać od sztuki czegoś więcej niż głaskania po brzuszku?
Odpowiedź rynku jest prosta: Nie. Masz tu misia i nie marudź.
Cios w splot słoneczny zadany? Jeśli wciąż stoisz na nogach, zapraszam na kolejną rundę: „Dwie minuty, trzy refreny” – czyli o tym, jak Spotify skróciło piosenki do długości dzwonka w telefonie.