Polska scena rapowa AD 2025 przypomina bal przebierańców w elitarnym liceum społecznym. Nigdy wcześniej w historii muzyki tak wielu nie udawało tak groźnych, mając jednocześnie tak miękkie poduszki pod głową. Witajcie w świecie, gdzie „blok” oznacza apartamentowiec z recepcją, „handel towarem” to odsprzedaż limitowanych butów na StockX, a największym życiowym dramatem jest to, że ojciec zablokował kartę kredytową, bo wydałeś za dużo na skinsy w Fortnite.
Kiedyś, w czasach, które dzisiejsi słuchacze znają tylko z opowieści wujków przy wódce, „ulica” w polskim rapie była czymś namacalnym. Molesta, Slums Attack, ZIP Skład – ci ludzie nie musieli wymyślać sobie biografii. Ich teksty śmierdziały brudną klatką schodową, tanim piwem i strachem przed „niebieskimi”. To był rap deficytu. Rap braku.
Dzisiaj mamy do czynienia z rapem nadmiaru. Nadmiaru pieniędzy, nadmiaru ego i nadmiaru wyobraźni, która każe synom prawników i deweloperów zakładać kominiarki i udawać członków latynoskich karteli. To jest gangsterka deweloperska. Groza z certyfikatem energetycznym budynku i ochroną 24h.
Zacznijmy od pacjenta zero, czyli Michała Matczaka, znanego szerzej jako Mata. Jego debiut, „Patointeligencja”, był wstrząsem, bo po raz pierwszy ktoś głośno powiedział: „Hej, my, bogate dzieciaki, też ćpiemy i pijemy, tylko robimy to w droższych dekoracjach”. I to było uczciwe. To był moment prawdy.
Ale co stało się potem? Potem Mata postanowił zostać głosem „ulicy”, mimo że jego ulica nazywa się „Spokojna” i leży w jednej z najdroższych dzielnic Warszawy. Obserwujemy fascynujący proces dysocjacji poznawczej. W numerach takich jak „Patoreakcja” czy późniejszych wybrykach ze Skute Bobo, Mata kreuje się na wyjętego spod prawa rebelianta.
Szczytem absurdu był jego konflikt z policją za posiadanie marihuany. W normalnym świecie, na prawdziwej ulicy, to jest szara codzienność, o której się milczy. W świecie Maty urosło to do rangi martyrologii narodowej, walki z systemem, niemalże powrotu Solidarności. Młody Matczak, syn wybitnego prawnika, krzyczący ze sceny o brutalności policji, podczas gdy za kulisami czeka na niego sztab adwokatów droższych niż roczny budżet posterunku w Pcimiu Dolnym – to obraz nędzy współczesnego buntu. To bunt na licencji McDonald’s. Zestaw powiększony o frytki i poczucie bycia „gangsterem”.
Jeśli myśleliście, że nic nie przebije bananowego buntu, spójrzcie na polską scenę Drillu. Gatunek ten, który narodził się w Chicago i Londynie jako muzyczny zapis brutalnych wojen gangów (gdzie ludzie naprawdę ginęli od noży i kul), nad Wisłą stał się modą odzieżową.
Mamy wysyp nastolatków w kurtkach The North Face i kominiarkach, którzy rapują o „kosach”, „oppsach” (wrogach) i „wyrokach”. Alberto z wytwórni Malika Montany w hitowym „Dwutakcie” nawija: „Biegam z torbą, w niej gotówka / A nie żaden, kurwa, podręcznik”. Brzmi groźnie? Owszem. Problem w tym, że tysiące jego naśladowców, którzy powtarzają te wersy na TikToku, z tą torbą biegną co najwyżej na korepetycje z angielskiego.
Ta fascynacja estetyką przestępczą wśród dzieciaków z dobrych domów jest groteskowa. Zakładają kominiarki do szkoły. Robią sobie zdjęcia z atrapami broni. Używają slangu, którego znaczenia nie rozumieją („sztywniutko”, „pdw”). To jest cosplay. To zabawa w policjantów i złodziei, w której nikt nie idzie do więzienia, a mama woła na obiadek, jak gra się znudzi.
Nie sposób pominąć ekipy 2115, której liderem jest Bedoes. To fenomen socjologiczny. Bedoes zaczynał jako wrażliwy grubasek, ofiara hejtu, i to zjednało mu serca milionów. Ale z czasem 2115 zaczęło ewoluować w stronę „Gangu”. Tatuaże na twarzy, ciągłe gadanie o „rodzinie”, „lojalności” i „wrogach, którzy chcą nas zniszczyć”.
Kiedy White 2115 rapuje o życiu jak w Kalifornii, o drogich autach i kobietach, słychać w tym echa amerykańskiego snu przeszczepionego na polskie realia. Ale jest w tym fałsz. Ci chłopcy nie są gangsterami. Są najpopularniejszymi influencerami w kraju. Ich „wrogowie” to trolle w internecie, a nie konkurencyjny gang narkotykowy.
To syndrom oblężonej twierdzy budowany na potrzeby marketingu. Wmawia się dzieciakom, że bycie fanem 2115 to przynależność do jakiejś elitarnej, niebezpiecznej grupy. W rzeczywistości to przynależność do grupy konsumentów, którzy kupią każdą płytę i każdy merch, by poczuć się częścią tej „niebezpiecznej” rodziny. Kiedy Bedoes krzyczy ze sceny o zasadach, brzmi to jak kazanie lidera sekty, a nie jak spowiedź człowieka ulicy.
Spójrzmy na Kizo. Człowiek, który wygląda jak ochroniarz z klubu w Mielnie, a stał się ikoną popkultury. Kizo nie udaje gangstera – on monetyzuje wizerunek „karka”. W jego klipach „ulica” jest sterylna, błyszcząca i pełna lokowania produktu. To nie jest ulica, na której dostajesz w ryj za krzywe spojrzenie. To ulica, na której dostajesz kod rabatowy na pizzę z mrożonki sygnowaną ksywką rapera.
Z kolei Żabson to przykład „ziomala”, który tak bardzo odleciał w stronę mody i luksusu, że stał się parodią samego siebie. Rapuje o „blokach” w ciuchach za 50 tysięcy złotych, wyglądając przy tym jak postać z Cyberpunka. To jest „ulica” widziana z okien apartamentu na Złotej 44. Abstrakcja.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, co ci „salonowi gangsterzy” robią z psychiką swoich odbiorców. Promują agresję, ale w wersji „soft”. Przykład? Sobel. Pamiętna afera, gdy wyzywał fanów na koncercie, albo obrażał własną żonę/partnerkę na streamach, tylko po to, by za chwilę przepraszać.
To nie jest zachowanie twardziela. To zachowanie rozkapryszonego bachora, któremu nikt nigdy nie powiedział „nie”. Ale w rapie uchodzi to za „charakterność”. Młodzi fani uczą się, że bycie chamskim, wulgarnym i agresywnym to oznaka siły. Że „wyjasnianie frajerów” (czytaj: wyzywanie ludzi w internecie) to cnota.
Wróćmy do tytułowego Ubera. To najlepsza metafora współczesnego polskiego rapu ulicznego. Prawdziwa ulica jeździ nocnym autobusem albo rozpadającym się Golfem III. Nowa ulica zamawia Ubera Black. Jest bezpiecznie, klimatyzacja działa, kierowca poda wodę, a szyby są przyciemniane, więc nikt nie widzi, że w środku siedzi chłopak, który boi się pająków, ale na Instagramie pozuje z maczetą.
Słuchając kawałków o przemycie, dilowaniu i ucieczkach przed policją, warto pamiętać: 90% tych tekstów to literacka fikcja. I nie byłoby w tym nic złego – w końcu reżyserzy filmowi też nie mordują ludzi naprawdę – gdyby nie fakt, że oni sprzedają to jako „prawdę”. Jako „autentyk”.
Wmówili całemu pokoleniu Polaków, że patologia to szczyt ewolucji. Że brak wykształcenia to powód do dumy (bo „szkoła życia” ważniejsza). Że jedyną miarą sukcesu jest to, ile masz gotówki w reklamówce z Biedronki (choć oni noszą ją w Gucci).
To smutny spektakl. Bo kiedy zgasną światła, a bit przestanie grać, ci „gangsterzy” wracają do swoich ciepłych domów, przykrywają się kołdrą z gęsiego puchu i sprawdzają lajki. A prawdziwa ulica? Prawdziwa ulica dalej tam jest. Brudna, zimna i bezlitosna. I śmieje się z nich do rozpuku, popijając piwo marki „Kustosz”.
Chcesz następny tekst? Na liście czeka „Epos o metce z Zary”, czyli o tym, dlaczego raperzy brzmią jak katalog wysyłkowy Vitkaca.