← Home Hołd / Algorytmiczne wycie. Dlaczego influencerzy nagrywają płyty, a…
5 min
Hołd

Algorytmiczne wycie. Dlaczego influencerzy nagrywają płyty, a twoje uszy muszą krwawić dla zasięgów

podrap.pl
Editor · Promptowy
14.04.2026 Date
5 min Reading time
Ilustracja: PROMPTOWY promptowy.com

Kiedyś, żeby nagrać płytę, trzeba było posiadać pewien zestaw umiejętności. Na przykład: grać na instrumencie, pisać teksty, albo przynajmniej umieć trafić w dźwięk, nawet jeśli tylko przypadkiem. Te czasy minęły bezpowrotnie. Dziś wystarczy mieć milion subskrypcji na YouTube, kontrakt na reklamę lodów i tupet, który pozwoliłby sprzedać piasek na Saharze. Witajcie w erze „muzyki influencerskiej”, gdzie utwory nie powstają z natchnienia, lecz z analizy Excela, a mikrofon służy nie do śpiewania, lecz do podbijania algorytmu.

Fenomen Ekipy, Teamu X, GenZie i całej rzeszy pomniejszych twórców internetowych, którzy nagle poczuli w sobie „zew artysty”, to ostateczny dowód na upadek kultury muzycznej w Polsce. To nie jest muzyka. To jest content audio. To produkt uboczny działalności marketingowej, tak samo jak koszulki, zeszyty i napoje energetyczne. Płyta jest tylko kolejnym merchem, który trzeba wcisnąć dzieciom, zanim te dorosną i zorientują się, że są robione w balona.

Ekipa Holdings S.A., czyli korporacja udająca zespół

Ojcem chrzestnym tego koszmaru jest oczywiście Karol „Friz” Wiśniewski. Człowiek, który zhakował system. Trzeba mu oddać jedno: jest geniuszem biznesu. Zrozumiał, że jego widownia (średnia wieku: 9-12 lat) nie potrzebuje jakości. Potrzebuje przynależności.

Płyta Ekipy „Sezon 3” to majstersztyk cynizmu. Muzycznie? To zlepek generycznych bitów, kupionych pewnie w paczkach po 50 dolarów (albo wyprodukowanych przez solidnych rzemieślników, którzy płakali, jak miksowali), na które nałożono wokale ludzi, którzy nie mają o śpiewaniu zielonego pojęcia.

Słuchając Marcysi, Tromby czy Murcix, słyszymy nie ich głosy, ale tytaniczną pracę inżynierów dźwięku, którzy musieli stroić każdą sylabę, by przypominała ludzką mowę. To brzmi jak chór androidów z awarią oprogramowania. Ale kogo to obchodzi? Teledysk ma być kolorowy, furki mają być drogie, a w tle musi mignąć logo sponsora.

Najbardziej przerażający jest utwór „3KIPA”. To hymn pustki. „Lecimy po swoje / To jest nasze życie”. O czym to jest? O niczym. O tym, że są sławni, bo są sławni. To tautologia sukcesu. Jesteśmy fajni, bo mamy wyświetlenia, a mamy wyświetlenia, bo jesteśmy fajni. Koło się zamyka, a dzieciaki klikają „replay”.

Wersow i syndrom divy z TikToka

Królową tego balu jest Wersow. Dziewczyna, która z influencerki modowej postanowiła przebranżowić się na gwiazdę popu formatu Ariany Grande. Jej trasa koncertowa to fenomen. Wyprzedane sale, piszczące tłumy.

Tylko co tam się dzieje muzycznie? Piosenki Wersow są tak gładkie, tak bezpieczne i tak pozbawione charakteru, że można by nimi torturować więźniów metodą deprywacji sensorycznej. Teksty o „gonieniu marzeń” i „byciu sobą” brzmią jak cytaty z ciasteczek z wróżbą, przetłumaczone przez Google Translate.

Wersow nie śpiewa. Ona performuje wizerunek. Na scenie nie stoi wokalistka, tylko awatar z Instagrama, który zmaterializował się w trójwymiarze. Dzieci nie przychodzą słuchać muzyki. One przychodzą zobaczyć na żywo osobę, którą codziennie oglądają na ekranie telefonu. Muzyka jest tylko pretekstem, tłem akustycznym do spotkania z bóstwem.

Team X i fabryka klonów

Jeśli Ekipa była oryginałem (jakkolwiek wadliwym), to kolejne projekty typu Team X (w różnych edycjach), Natsu World czy GenZie są jak kserokopie kserokopii. Jakość spada z każdym powieleniem.

Mamy tu do czynienia z przemysłową hodowlą idoli. Agencje influencer marketingu zamykają grupę ładnych, młodych ludzi w domu pod Warszawą, dają im operatora, montażystę i producenta muzycznego, i mówią: „Macie miesiąc, żeby nagrać hit”.

Efektem są potworki w stylu piosenek Natsu czy Fagaty. Zwłaszcza ta druga to ciekawy przypadek. Fagata, która otwarcie mówi, że robi to dla pieniędzy i „planu B”, nagrywa utwory wulgarne, prymitywne („Osobowość w wersji OnlyFans”), które stają się wiralami na TikToku.

To jest muzyka skrojona pod algorytm ByteDance. Utwór nie musi mieć sensownej struktury. Musi mieć 15-sekundowy fragment, który „siądzie” pod taniec albo trend. Reszta piosenki to wypełniacz. Kompozytorzy piszący dla influencerów nie myślą zwrotkami i refrenami. Myślą „momentami pod rolkę”. To śmierć kompozycji na rzecz fragmentacji.

Słupy reklamowe z Autotune’m

Nie oszukujmy się – głównym celem powstawania tych płyt nie jest ekspresja artystyczna. Jest nim sprzedaż. Teledyski influencerów to w rzeczywistości trzyminutowe bloki reklamowe przerywane ujęciami twarzy twórców.

Lody Koral, napoje energetyczne, kosmetyki, gry mobilne, batony. Ilość product placementu w klipach Ekipy czy Teamu X przekracza wszelkie granice przyzwoitości. Piosenka jest tylko nośnikiem reklamy. To odwrócenie porządku rzeczy. Kiedyś artysta stawał się sławny i reklamował Pepsi. Dziś influencer reklamuje Pepsi, a piosenkę nagrywa po to, żeby reklama miała lepszy zasięg organiczny.

Muzyka stała się „dźwignią handlu” w najbardziej dosłownym, brutalnym sensie. Tekst piosenki o „chłodzie” i „lodzie”? Przypadek? Nie, premiera lodów Ekipy. Tekst o „energii”? Premiera energetyka. To cyniczne programowanie małych konsumentów, którzy śpiewając refren ulubionego youtubera, podświadomie recytują slogan reklamowy.

Producent płakał, jak miksował

Warto wspomnieć o cichych bohaterach (a może współwinnych zbrodni) tego procederu – producentach i ghostwriterach. Za każdym „hitem” influencera stoi sztab profesjonalistów. Często są to cenieni w branży hip-hopowej beatmakerzy (np. B.R.O, producenci Cleo), którzy za odpowiednią stawkę godzą się na artystyczną prostytucję.

Ich zadanie jest karkołomne: wziąć wokal, który brzmi jak miauczenie kota w rui, i zrobić z tego radiowy hit. I robią to. Ilość efektów, korekcji tonacji, nakładek i filtrów nałożonych na głosy członków GenZie czy Teamu X jest tak ogromna, że gdyby wyłączyć prąd w studiu, ci ludzie nie byliby w stanie zanucić „Wlazł kotek na płotek”.

To wielkie oszustwo. Sprzedaje się dzieciom iluzję, że ich idol potrafi śpiewać. Potem przychodzi koncert, włącza się playback (lub tzw. półplayback, gdzie wokal z taśmy leci na 90%), a idol skacze i krzyczy „RĄCZKI W GÓRĘ!”. I nikt nie czuje się oszukany, bo w tym świecie prawda nie ma znaczenia. Liczy się show.

Desakralizacja mikrofonu

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że influencerzy zadeptali szacunek do muzyki. Pokazali, że każdy może. Że nie trzeba ćwiczyć, nie trzeba mieć talentu, nie trzeba mieć nic do powiedzenia. Wystarczy mieć kamerę i bezczelność.

Dla młodego pokolenia granica między artystą a twórcą internetowym przestała istnieć. Dawid Podsiadło i Friz to ta sama kategoria – „znani ludzie z mikrofonem”. To zrównanie w dół.

Jesteśmy świadkami narodzin muzyki fast-food. Jest tania, łatwo dostępna, kolorowa, pełna chemii i sztucznych barwników. Smakuje każdemu, bo jest potwornie słodka i tłusta. Ale po jej spożyciu zostaje tylko zgaga i pustka.

Influencerzy nagrywają płyty, bo mogą. Bo to się opłaca. Bo algorytm YouTube’a promuje teledyski bardziej niż vlogi. A nasze uszy? Nasze uszy to tylko collateral damage w walce o zasięgi. Krwawią, ale cicho. Żeby nie zagłuszyć dźwięku powiadomienia o nowym filmie.

podrap.pl
Founder · Editor · Promptowy

Piszę o AI i automatyzacji od 3 lat. Prowadzę promptowy.com.

More →